Dodaj link do tego mBloga do serwisu Startowy.comDodaj kanał RSS do serwisu Startowy.comRSS
mblog.pl
WYNURZENIA NIEPEŁNOSPRAWNEGO GRAFOMANA
czyli blog Bartłomieja Butlewskiego

prawa autorskie zastrzeżone

Wizja podręcznika o mediacji
2012-05-15 | 15:04:11
autor: wyniegra | skomentuj (0)

            Od jakiegoś czasu noszę się z zamiarem napisania podręcznika o mediacji. W jakimś zakresie moja ostatnia (2012 r.), jeszcze ciepła książka pod przewrotnym tytułem „Samozwańczy mediator” (http://www.bosip.pl/samozwanczymediator/) ma znamiona dydaktyczne, jednak będąc niejednotematyczna, raczej nie może zostać ani zakwalifikowana, ani używana jako klasyczny podręcznik lub skrypt. A szkoda.

             Podręcznik, który rodzi się w mych myślach, ma w swych założeniach nie tylko kształtować wiedzę i umiejętności (co oczywiste), ale przede wszystkim stanowiłby narzędzie dla rzeczników interesów społecznych bądź samych osób będących w konkretnej potrzebie oraz środowisk zagrożonych wykluczeniem społecznym lub już wykluczonych społecznie (choćby z powodów materialnych), za pomocą którego będzie można walczyć z niską świadomością prawną i niedostatkiem aktywności administracji publicznej w zakresie prawnego uświadomienia ludności, a przy okazji wzbogacić ten poszukiwany rodzaj poradnictwa.

            Ów szczytny cel można osiągnąć poprzez propagowanie instytucji mediacji jako najlepszego z możliwych sposobów na zażegnywanie wszelkich konfliktów i sporów (zarówno cywilnych, w tym rodzinnych, jak i karnych, ale także administracyjnych). Przeciętny interesant instytucji publicznych, wymiaru sprawiedliwości i gospodarki nie wie nic o możliwości skorzystania z drogi mediacyjnej. Mało tego – te instytucje też nie wiedzą lub dla świętego spokoju nie chcą wiedzieć. A ja pragnąłbym im to podpowiedzieć, względnie przekonać opornych do zmiany strategii standardowego postępowania, bo bywa, że w obawie przed posądzeniem o korupcję unikają one mediacji jak ognia.

             Dla przykładu: do zarządu spółdzielni mieszkaniowej zwraca się jej członek ze skargą na uciążliwe zachowanie sąsiadów. Uświadomiony pracownik spółdzielni, zamiast bezradnego rozłożenia rąk, sugeruje skorzystanie z instytucji mediacji i poleca lub wprost wręcza skarżącemu przedmiotowy podręcznik.

            Warto podkreślić, że mediator nie tylko moderuje debatę mediacyjną, ale również wspiera swych "klientów" fachową wiedzą i rozładowuje frustracje. Albowiem mniej więcej połowę swojej aktywności poświęca na czynności doradczo-terapeutyczne w procesie przygotowawczym w toku zapoznawania się ze specyfiką sprawy. Z uwagi na to, że mediacja wymaga zgody obu stron sporu, bywa, że w ogóle nie dochodzi do posiedzenia mediacyjnego. Jednak mimo to wnioskodawca, niedoszły uczestnik lub po prostu petent odwiedzający mediatora (albo zasięgający informacji telefonicznej) uzyskuje niebagatelną korzyść (częstokroć bezpłatną) wynikającą z rozmowy z mediatorem, który, jeśli nie widzi możliwości mediacji, to przynajmniej potrafi wesprzeć "na duchu" i wskazać jakąś dalszą drogę postępowania. Trzeba wreszcie to wszystko polskiemu społeczeństwu uświadomić, bo mimo upływu siedmiu lat od ustawowego wprowadzenia mediacji cywilnych, wiedza praktyczna przeciętnego obywatela o możliwości skorzystania z instytucji mediacji jest żadna.

            Ubocznie podręcznik mógłby zainicjować czytelników, w tym niezaradnych, wykluczonych, bezrobotnych i innych podobnych ludzi nieumiejących odnaleźć się w dzisiejszej rzeczywistości, do przeanalizowania pomysłu, aby sami zostali mediatorami, gdyż mediatorem może być każdy – wystarczy odbyć szkolenie i posiadać odpowiednie predyspozycje. A zajmowanie się czyimiś problemami pozwala skutecznie zapomnieć o własnych.

 

W obronie grosza
2012-05-10 | 17:33:08
autor: wyniegra | skomentuj (0)

                Do moich uszu dochodzą jakieś pogłoski, że rozważany jest pomysł, aby wyeliminować z obrotu nominał jednogroszowy, bo rzekomo produkcja takiej monety przekracza jej wartość. Stanowczo jestem przeciw!

                Albowiem raz już przeżyłem czasy inflacji, kiedy to poszczególne jednostki pieniężne stawały się z miesiąca na miesiąc całkowicie bezwartościowe. W końcu w roku 1995 nastąpiła denominacja i otrzymaliśmy nowe, liczące się, porównywalne w wymiarze do zagranicznych walut, pieniądze. Aczkolwiek od razu zostały uczynione bezmyślne zamachy dewaluujące ich wartość, w postaci nie wiadomo po co wprowadzanych przepisów obligujących do zaokrąglania niektórych kwot – na przykład w rozliczeniach podatkowych. Wszak zaokrąglanie powoduje generowanie błędów arytmetycznych oraz nieraz daje możliwość obchodzenia prawa (patrz: zwalczona właśnie praktyka dziennej kapitalizacji odsetek bankowych), o deprecjonowaniu jednostek pieniężnych o najniższej wartości nie mówiąc.

                Jeżeli mamy mieć szacunek do Państwa, to powinniśmy cenić jego prawne środki płatnicze, również te groszowe. To nic, że do wytworzenia monety jednogroszowej trzeba dopłacać. Trudno. Być może niedługo kolejne nominały bilonu staną się nieopłacalne. Ale za to, z uwagi na coraz bardziej rozpowszechniające się płatności bezgotówkowe, nie potrzeba aż tak wiele groszaków produkować jak kiedyś.

                W każdym razie ja, mimo ogromnych trudności, zawsze schylę się, by podnieść zagubiony na ulicy grosik. Być może dzięki temu szczęście nigdy mnie nie opuszcza. Uśmiech

Nieprzyzwoitość
2012-04-19 | 16:26:37
autor: wyniegra | skomentuj (0)

                Wielokrotnie pisałem o ciężkiej doli biegłych sądowych, którzy nie dość, że od lat pracują za niezmienną stawkę godzinową, de facto urągającą ich godności (31,86 zł netto), to jeszcze nieustannie gnębieni są arbitralnym obcinaniem wykalkulowanych wynagrodzeń przez organ powołujący biegłego mający do tego suwerenne (prawie niepodważalne) prawo.

                Oprócz przyznania wynagrodzenia biegły może ubiegać się o zwrot wydatków, w tym zwrot kosztów podróży lub przejazdu. To też obwarowane jest odległością, uznaniem organu, dogodnością sieci transportu publicznego. W każdym razie w mojej karierze biegłego sądowego zdarzały się przypadki kwestionowania konieczności dojazdu samochodem na miejsce czynności lub przyjęcia ustawowej stawki za kilometr jako zawyżonej. Natomiast wprost nie wyobrażam sobie akceptacji kosztu biegłego, który domagałby się zwrotu za dojazd taksówką, tym bardziej do innej miejscowości. Po prostu żaden sąd, prokurator, decydent w policji czy dyrektor organu skarbowego nie uznałby takiego wydatku jako dopuszczalnego w pracach prowadzonych przez biegłego na swoje zlecenie. Oni przyczepiają się do każdej złotówki, sami obawiając się kontroli w tym względzie.

                   Obowiązujący od dziesięcioleci DEKRET o należnościach świadków, biegłych i stron w postępowaniu sądowym z dnia 26 października 1950 r. w artykule nr 12 mówi, cyt. „Diety oraz zwrot kosztów podróży i noclegów przyznaje się biegłemu w wysokości i na zasadach obowiązujących dla sędziów w razie pełnienia czynności służbowych poza zwykłym miejscem służbowym”. Tymczasem ja właśnie zetknąłem się z przypadkiem obciążenia strony procesu cywilnego zaliczką na dojazd taksówką sędziego z protokolantem na miejsce oględzin do innej miejscowości.

               Pomijając fakt, że taksówka jest najdroższym środkiem transportu (przy wyłączeniu helikoptera), a przy tym równie wygodnym co służbowy samochód sądu lub pojazd prywatny używany przez pracownika do celów służbowych, należy podkreślić, że czynności sądowej dokonywanej pod presją bijącego licznika oczekującej taksówki musi towarzyszyć obawa o jej powierzchowność albo lakoniczność.

                  Tak czy inaczej rodzi się pytanie: jak celnie nazwać proceder oszczędzania przez sędziów  na kosztach biegłych przy rozpasaniu tychże sędziów, kiedy przepis nakazuje identyczne traktowanie obu grup zawodowych? Nasuwa się jedno określenie, a mianowicie – NIEPRZYZWOITOŚĆ.

 

 

Seksualność dzieci
2012-04-13 | 14:22:03
autor: wyniegra | skomentuj (0)

                Wczoraj na „ale kino+” obejrzałem francuski film pt. „Chłopczyca” (w oryginale „Tomboy”). Jestem pod wrażeniem. Polecam.

                Ciekawostką jest to, że to film o dzieciach i grają w nim prawie same dzieci, a przeznaczony jest raczej dla widzów dorosłych. Choć uważam, że wiele co wrażliwszych dziewczynek, a być może niejeden mądry chłopiec, z przyjemnością także na niego popatrzy.

                Nie zamierzam tu ani opowiadać, ani streszczać filmu. Powiem tylko, że porusza on tematykę, która w naszym kraju uchodzi za nieistniejącą albo niezdrową (patologiczną). Chodzi o seksualność dzieci.

                Akurat ja pamięć mam dobrą i dokładnie przypominam sobie czasy swego odległego dzieciństwa. Zachowania dzieci z filmu i prowadzone przez nie dialogi co do joty oddają tamtą atmosferę, mimo że inny kraj i inna epoka.

                Sam również próbowałem wgłębić się w analogiczną problematykę. Wyniki podjętych przeze mnie głębokich analiz, wywiadów i wspomnieniowych odtworzeń zawarte są w mojej książce beletrystycznej pt. „Prostowanie węża” (http://www.bosip.pl/prostowanieweza/). Jeśli kogoś zaintryguje film „Chłopczyca”,  to z pewnością może pogłębić doznane fascynacje lekturą ww. powieści. Jednak ostrzegam – bywa, że treści książek są dalej idące niż fabuły filmów. I tak właśnie jest też w tym wypadku.

Nie wychodzi się tak łatwo z gry
2012-04-12 | 17:11:06
autor: wyniegra | skomentuj (0)

                Hans Kloss powiedział: „Nie wychodzi się tak łatwo z gry”. Ważkość i celność tych słów odczuwam osobiście od dawien dawna. Twierdzę wręcz, że łatwiej jest do gry wejść, niż z niej wyjść. Łatwiej coś zbudować, niźli potem zburzyć. Łatwiej kupić, aniżeli sprzedać, itp., itd.

                Należę do tych ludzi, którzy przywiązują się do wszystkiego: do bliskich, do pracy, do przedmiotów, do miejsc, do zwyczajów, do zwierząt, do urządzeń. Po prostu do wszystkiego. Zatem boleśnie przeżywam każdą stratę, a niechętnie sam redukuję jakiekolwiek zasoby – rzekłbyś, wcale nie redukuję, tylko wciąż obrastam. Przeraża mnie nawet myśl, co z tym będzie, kiedy mnie zabraknie.

                Nie potrzebuję dobrych rad typu, że należy się systematycznie uwalniać od staroci, dokonywać zmian, dostosowywać własną infrastrukturę do aktualnych potrzeb, warunków materialnych czy sprawności fizycznej. Bo ja to doskonale wiem, tylko nie potrafię tej poniekąd słusznej, ale drastycznej racji się podporządkować.

                Kiedy słyszę od pracownika, że to coś, które każę mu zreperować, jest już na tyle przestarzałe, że nie warto tego naprawiać, to na usta cisną mi się słowa, których jednak taktownie nie wypowiadam: gdybym myślał jak ty, to wyrzucanie zacząłbym od ciebie. No, bo on też jest reliktem z czasów, kiedy moja aktywność, predyspozycje i potrzeby były inne, o niebo większe.

                Fajnie jest być na fali wznoszącej, a przy tym na tyle młodym, żeby nie dostrzegać kresu swych malejących możliwości. Gorzej bywa, kiedy pozostaje jedynie przyzwyczajenie pętające niby wolnego człowieka w kieracie uporczywego, cyklicznego znoju. To wydaje się podobne do niewolnictwa, lecz w tym wypadku pan-wyzyskiwacz i pokorny niewolnik to ta sama osoba.

                Ale kiedy spoglądam na nowocześnie beztroskie liczne jednostki, które, w myśl zasady „łatwo przyszło, łatwo poszło” albo „było, minęło”, czy „nowa gra, nowe szczęście”, nazbyt lekceważąco traktują swój dorobek życiowy, rodzinny bądź zawodowy, przeskakując z gracją jak pszczółka z kwiatka na kwiatek, to wolę już pozostać przy swojej konserwatywno-zachowawczej, anachronicznej postawie. I ruszam dalej obraną przed laty drogą, przez chwilę raźniej unosząc przytłaczający mnie krzyż…

Niszczmy agresję w zarodku
2012-04-04 | 18:01:53
autor: wyniegra | skomentuj (0)

                Co rusz zostajemy wstrząsani tragicznymi informacjami, że gdzieś na świecie (na szczęście nie w Polsce) jakiś furiat dokonał zbiorowego mordu, strzelając do przypadkowych osób, często do małoletnich uczniów w szkole. Potem następują chwilowe dyskusje gadających głów nad potrzebą wprowadzenia działań zapobiegawczych, zwykle konstatujące, że tego typu agresja jest wynikiem obowiązującego w tamtych krajach prawa do posiadania broni palnej.

                Ja zaś uważam, że dostęp do broni ma w tym wypadku znaczenie drugorzędne, bo zabić można byle czym. A przede wszystkim chodzi tu o nieprawidłowe ukształtowanie psychiki człowieka w toku jego wychowania, dążenie do niezdrowej sławy nawet za cenę poświęcenia własnego życia, względnie odwet za rażącą powszechną niesprawiedliwość. Oznacza to, że winą za te przypadki należy obarczyć szeroko rozumiane społeczeństwo wypracowujące współczesne obyczaje i przyzwalające na zakorzenianie się znieczulicy, arogancji i partykularyzmu w umysłach chronionych przed stresem dzieci. Winę ponosi także władza, która, miast zlikwidować przyczyny patologii, potrafi jedynie wprowadzać kolejne ograniczenia praw człowieka. Mówi się, że złu sprzyja bezczynność porządnych ludzi – i to prawda.

                Jak niewiele potrzeba, by wychować osobnika (patriotę) zdolnego umrzeć dla idei, dowodzi historia polskiej martyrologii. Teraz niby mamy dostatek i wolność, więc, pławiąc się w konsumpcji, nie dostrzegamy sensu czyichś aktów terrorystycznych. Ale wystarczy sięgnąć do literatury opisującej czasy okupacji lub zaborów, by znaleźć słowa uznania dla tego typu heroicznej walki.

                Rozwój techniki spowodował, że kula ziemska stała się mała niczym futbolowa piłka. Informacja lotem błyskawicy trafia do najodleglejszego zaścianka, gdzie niejedna miernota przyrównuje się do największych medialnych celebrytów. Marzenie o sławie bywa często niepohamowane, a co jak co – masowa zbrodnia gwarantuje światowy rozgłos. Gdyby z zasady przemilczać tego typu incydenty, zmalałaby liczba potencjalnych naśladowców.

                Wreszcie ostatni powód grupowych zamachów na bogu ducha winnych ludzi. Odwet za wszędobylską niegodziwość, pogardę, nieżyczliwość, odrzucenie, alienację itp. Jeżeli będziemy dla siebie mili, wyrozumiali i pomocni – po prostu dobrzy, to ludzka frustracja nie znajdzie wystarczającej pożywki dla swego niebezpiecznego rozkwitu. Niestety, jest jednak inaczej, co gołym okiem dostrzegam na co dzień.

 

Inżynieria jazdy
2012-03-26 | 13:55:05
autor: wyniegra | skomentuj (3)

                W informatyce funkcjonuje pojęcie „inżynieria oprogramowania”. W największym, kolokwialnym uproszczeniu chodzi o takie pisanie programów, aby jak najlepiej spełniały one wymogi użytkowe, a ich kody były przejrzyste i czytelne przy zapewnieniu optymalnego, szybkiego działania, to jest oszczędnego w wykorzystaniu dostępnych pamięci oraz z precyzyjnymi algorytmami obliczeniowymi pozbawionymi niepotrzebnych kroków czy jałowych przebiegów. Analogicznego „inżynierskiego” podejścia oczekiwałbym na co dzień od przeciętnych samochodowych kierowców.

                Bowiem szczęśliwie minęły czasy, kiedy zarówno auto, jak i prawo jazdy dostępne były tylko dla nielicznych. Obecnie jeżdżą wszyscy. Powiem więcej, na tle całej masy użytkowników dróg wybijają się dyletanci, ofermy, asekuranci i panikarze, ale także, jako przeciwna skrajność, egoiści, wykorzystywacze, samoluby, szaleńcy czy inni narwańcy. Obecność jednych i drugich wymusza istnienie prawa dżungli, w ramach którego działa Policja ze swoim wąsko i wybiórczo pojmowanym kodeksem drogowym.

                Bo przecież naruszanie maksymalnej prędkości dopuszczalnej, jazda w stanie wskazującym czy parkowanie na zakazie – to zaledwie czubek góry problemów związanych z ruchem samochodowym.

                Skoro, z wyłączeniem małych dzieci i niesprawnych starców, za kierownicę siada już każdy, to przydałoby się przygotowanie do jazdy wprowadzić jako przedmiot szkolnej edukacji. Korzyść społeczna byłaby z tego większa niż z nauczania geografii, chemii czy biologii. Zwłaszcza że temat jest obszerny i przekraczający program kursu dla kierowców. To tak, jakby szeroko rozumianą kulturę wdrażać w trybie intensywnego, kilkugodzinnego szkolenia.

                A chodzi mi o to, żeby jakoś dydaktycznie zminimalizować uciążliwości ulicznych korków, bezpiecznie przyspieszyć czas podróży i zagwarantować miejsce do wygodnego zaparkowania. No bo, jak widzę, mało kto zdaje sobie sprawę z tego, że dręczy innych, kiedy na przykład porusza się za wolno, blokuje lewy pas, ucieka z kończącego się pasa daleko przed przeszkodą lub wpuszcza takich w dowolnym miejscu zatoru (nie w systemie zamka błyskawicznego), robi zbyt długie odstępy w kolejce na światłach, na dodatek spod których rusza z flegmatycznością ślimaka czy stawia swój pojazd byle jak, jedynie z uwzględnieniem własnej wygody, nie mówiąc o nagminnym zajmowaniu miejsca zarezerwowanego dla osób faktycznie niepełnosprawnych.

                Na bazie obserwacji ludzkich zachowań w ruchu drogowym wypada stwierdzić, że wśród polskich kierowców występuje brak elementarnej wyobraźni ukierunkowanej na całokształt działania systemu, w którym się poruszamy i w związku z tym, na który mamy ewidentny wpływ. A zatem do szkół Panie, Panowie! Uczyć się kultury i sztuki współuczestnictwa na jezdni, ergonomii, logistyki i optymalizacji ruchu czy w ogóle stosowania inżynierskiego podejścia do życia w i tak już przepełnionej, a ciągle jeszcze przepełniającej się zbiorowości.

Telefony w moim domu
2012-03-21 | 12:15:36
autor: wyniegra | skomentuj (0)

                W moim domu mam aż dwie linie telefonii stacjonarnej. Swego czasu było to podyktowane technicznymi potrzebami zawodu informatyka. Obecnie w zasadzie nie używam czynnie żadnego z tych numerów, z pewnymi wyjątkami, kiedy wieczorkiem rutynowo telefonuję do mamy, zmuszając się, aby rozmowę odbyć z wykorzystaniem właśnie tego przestarzałego środka telekomunikacyjnego.

                A propos mojej mamy. Od lat jest ona szczęśliwą posiadaczką komórki, z którą, pomimo podeszłego wieku (77 lat), radzi sobie na tyle, że od niedawna zaczęła wprost ignorować telefon stacjonarny. Tłumaczy to zalewem ofert, reklam, ankiet i tym podobnych telefonicznych działań sondażowych, które nie tylko zakłócają domowy spokój, przerywając w najciekawszym momencie telewizyjny serial, ale, co najgorsze, powodują niepotrzebną konieczność podejścia do aparatu.

                Ja mam podobne spostrzeżenia i jeszcze większe problemy. Kiedy ktoś mało ważny połączy się na komórkę, to pół biedy. Aparat jest miniaturowy i stąd raczej zawsze mam go przy sobie ­– nawet w toalecie. Jeśli zaś dzwonią na stacjonarny, to trzeba wstać z kanapy i przemieścić się w miejsce spoczywania telefonu. Dla każdego jest to fatyga, a dla niepełnosprawnego istny znój. Pozostaje irytacja, którą musi odczuć marketingowy intruz, notabene nieraz obrażający moją inteligencję banalnością swej w nieskończoność przedkładanej oferty, typu „zdrowa kuchnia Okrasy”.

                Coraz częściej mówi się, że domowy telefon stacjonarny to przeżytek – niczym koń dla Pawlaka z „Samych swoich”. Niestety, ja też tak uważam. Ale daleko mi do podjęcia decyzji o radykalnej eliminacji. Zbyt dobrze pamiętam czasy, kiedy posiadanie telefonu było przywilejem, na który czekało się latami, wypisując wciąż uwłaczające własnej godności ponaglające żebracze wnioski.

               W ogóle należę do typu ludzi, którzy mają silne opory natury psychicznej powstrzymujące ich od wyzbywania się czegokolwiek. Stąd obrastam w przedmioty i zarastam rzeczami, których wcale nie używam. Czasem nawet zapominam, że je posiadam. Jeśli one tylko są, to niech tam – będzie kłopot dla spadkobierców. Gorzej jest w sytuacji, gdy trzeba z dolegliwą systematycznością płacić na ich utrzymanie. A tak jest na przykład w przypadku owych nieszczęsnych telefonów stacjonarnych.

Pomóż mi odnaleźć pieska
2012-03-20 | 15:01:09
autor: wyniegra | skomentuj (0)

              Czasami można sobie pofantazjować… Czyż nie?

             Przypominam sobie książkowe i filmowe romantyczne sceny, kiedy jedno z dwojga kochanków umierało w ramionach tego drugiego, albo marli równocześnie (np. pierwsza część filmu o Papieżu JP2 pt. „Karol – człowiek, który został Papieżem”). Na ogół w takiej dramatycznej chwili kochankowie „umawiają się” na spotkanie i kontynuowanie miłości w drugim, lepszym życiu.

              Gdybym ja był w takiej sytuacji, to na wszelki wypadek zapobiegawczo określiłbym jakieś pomocnicze hasło rozpoznawcze, takie, które umożliwiłoby wzajemne potwierdzenie gorącego związku z przeszłości. Wszak nie wiadomo, jaką postać, płeć czy rozum dostanie się następnym razem i jaka wystąpi różnica wieku. Takie hasło mogłoby brzmieć „pomóż mi odnaleźć pieska”. Trudno przecież, wydając ostatnie tchnienie, zadbać jeszcze o oryginalność lub choćby niebanalność.

             No i jest jakiś mężczyzna, który od dzieciństwa ma podświadomie męczące go przesłanie poszukiwania kogoś szczególnego. Sam nie wie kogo. Ale nie spocznie, póki nie znajdzie poszukiwanej osoby. Cóż poradzić na wrodzone natręctwo albo inną donkiszoterię.

             Jest też na co dzień grzeczna, skromna i dobrze ułożona dwunastoletnia dziewczynka, która ma nieustające senne wizje o spotkaniu przysłowiowego księcia z bajki. Któraż z dziewcząt nie miała podobnych marzeń? Sęk w tym, że marzenia rzadko się spełniają... Mimo młodego wieku i starannego wychowania nasza dziewczynka w skrytości ducha z góry zakłada, że z kimś takim, gdyby tylko się ujawnił, poszłaby bez namysłu na kraniec świata. Nie zastanawia się, jak ma wyglądać jej wirtualny ukochany, kiedy wreszcie przed nią się pojawi, i o ile lat będzie starszy. To obojętne, zupełnie bez znaczenia. Miłość jest ślepa, a w przeznaczenie trzeba wierzyć i nieskończenie mu zaufać.

             I do tego te dziwne, pętające się od zawsze gdzieś w odmętach umysłu zagadkowe słowa: „pomóż mi odnaleźć pieska”. Tak, te słowa to znak przywołania od pisanego jej księcia z bajki.

             Nagle olśniewający blask. Jakby znowu z niebios zstąpił anioł, by obwieścić coś irracjonalnego.

            Nie wiadomo dokładnie, co stało się w marcowe, przedwiosenne, ciepłe popołudnie. Ale zarówno przechodzący ulicą mężczyzna, jak i bawiące się na podwórku dziecko doznają silnego magnetycznego wstrząsu. Dzieje się z nimi coś dziwnego, co nieraz doświadcza się w akcie najbardziej udanego szczytowania. Jakiś umysłowy paraliż, odlot, błogostan. Coś, co powoduje, że ta właśnie chwila przeżywana z tym właśnie partnerem warta jest więcej niż materializm życia, prawo, obyczaj, rozsądek. I do tego te cisnące się na usta mężczyzny, wydawałoby się, niedorzeczne słowa „pomóż mi odnaleźć pieska”, które działają niczym zaklęcie na oniemiałą, zahipnotyzowaną niezrozumiałym zjawiskiem, słyszącą je aż tak wyraźnie, może zaczarowaną dziewczynkę.

               Nikt, łącznie z nimi samymi, nigdy nie pojmie, że w tym momencie nastąpiło wyczekiwane spotkanie tragicznie onegdaj rozłączonej pary. Za mało wyobraźni, zdystansowania, refleksji i luzu. A za wiele podejrzeń, przesądów, potępień i nieustannego linczowania. Niby wierzymy (w miłość, w cuda, w miłosierdzie Boga), a w godzinie próby brak nam tej wiary zupełnie.

Ani grosza na Kościół
2012-03-16 | 13:28:34
autor: wyniegra | skomentuj (0)

                Jeżeli otwarcie wyrażam swoje poglądy w przeróżnych sprawach, to nie chcę być postrzegany jako ten, który w sprawach kościelnych chowa głowę w piasek. Moje przekonania są od lat stałe, czyli niezmienne. Uważam, że polski Kościół Katolicki ma być samorządny, niezależny i samowystarczalny. Państwo Polskie w żaden sposób i w żadnej formie nie powinno ani finansować organizacji kościelnych, ani sponsorować imprez religijnych. Wypowiedzenie Konkordatu, który formalnie stoi na straży dotychczasowego absurdalnego stanu rzeczy, postrzegam jako „oczywistą oczywistość”, a przed Trybunał Stanu zaprowadziłbym narodowych zdrajców, którzy doprowadzili Polskę do zawarcia tak niekorzystnego traktatu z bombonierkowym państwem.

                Nie oznacza to wcale, że życzę Kościołowi krzywdy. Absolutnie. Uważam, że instytucja ta, z pomocą rzeszy wiernych, świetnie da sobie radę w warunkach rynkowych. W swej dwutysięcznej historii gorsze niedogodności ją dosięgały, zawsze ze skutkiem wzmacniania, a nie osłabiania. Zresztą pierwszym gwoździem do trumny bywa nadmierny dostatek, przesyt, przeświadczenie o własnej wielkości, nieomylności czy braku zagrożeń.

                Co do religii w szkołach, to mogłaby ewentualnie pozostać, ale pod warunkiem, że katecheci opłacani byliby przez swój kościół (rozumiany jako zgromadzenie wyznawców), a użyczenie sal lekcyjnych dla celów wykraczających poza świecką, państwową edukację byłoby odpłatne. Jednak sądzę, że taka regulacja szybciej niż rozstrzygnięcia nakazowo-zakazowe z powrotem doprowadziłaby do uruchomienia dziś bezużytecznych, pustych przykościelnych salek katechetycznych. Osobiście miło wspominam własne uczestnictwo w lekcjach religii w takich salkach i wspaniałych księży zabiegających o zaciekawienie młodzieży cotygodniowo odbywaną tam sympatyczną, bo prawdziwie dobrowolną katechezą.

 

Mediacyjny koszmar
2012-03-13 | 13:10:20
autor: wyniegra | skomentuj (3)

                W posiedzeniach mediacyjnych nieocenioną rolę odgrywa skupienie, nastrój, klimat i miejsce mediacji, osobowość mediatora, powaga uczestników mediacji. Mediacji nie można prowadzić byle gdzie, byle jak, na kolanie, w pośpiechu, bez zachowania należytej formy czy z pogwałceniem procedur. Odpowiednie zalecenia eliminują budynki sądów, prokuratur, względnie policji jako miejsca posiedzeń mediacyjnych, gdyż mogłoby to wywierać jakąś presję psychiczno-emocjonalną na strony. Podobnie wykluczone są mieszkania albo firmy uczestników mediacji oraz kancelarie ich adwokatów, bowiem biuro mediatora (ośrodek mediacyjny) ma mieć wszelkie znamiona gwarantujące bezstronność. Natomiast kompletnym absurdem byłoby zarządzenie spotkań w miejscach publicznych typu kawiarnie, kluby czy jadące dokądś pociągi.

                Kilkakrotnie proponowano mi prowadzenie mediacji na wyjeździe, to znaczy poza moją siedzibą. Z wyjątkiem jednego przypadku zawsze odmawiałem. Czyniłem tak co najmniej z kilku powodów. Po pierwsze: moja siedziba spełnia wszelkie warunki ośrodka mediacyjnego: neutralność, wygoda, dostępność (w tym brak barier architektonicznych), odosobniona poczekalnia, obsługa sekretarska i komputerowa, toaleta itp. Po drugie: przepisy dotyczące wynagrodzenia mediatora nie uwzględniają czynnika czasu i kosztu podróży mediatora, noclegu tudzież prawa do rekompensaty za inne uciążliwości wynikające z pracy w terenie. Wreszcie po trzecie: brak możliwości optymalizacji czasu pracy. Stawki mediatora nie są duże, a stąd trudno porzucać (poświęcać) dla mediacji inne zajęcia ponad niezbędną potrzebę. A ów jedyny wyjątek mediacji poza własnym biurem dotyczył sporu zbiorowego w pewnym zakładzie pracy, dokąd udałem się, aby godzić związki zawodowe reprezentujące załogę w stanie pogotowia strajkowego z zagranicznym zarządem spółki.

                Jak wynika z powyższego, miejsce mediacji ma istotne znaczenie dla jej przebiegu. Ale nie mniej ważne są i inne imponderabilia organizacyjno-techniczne, które, zdawałoby się, są bagatelne, a zatem całkowicie pomijalne co do swej wagi. Mam tu na myśli choćby osoby towarzyszące uczestnikom mediacji. Takie bez statusu pełnomocnika prawnego na ogół z gruntu odsyłam do poczekalni. Jednak niedawno zostałem z konieczności zmuszony do prowadzenia wstępnych rozmów mediacyjnych z parą, która niespodziewanie stawiła się u mnie ze swoim… czteroletnim dzieckiem. To był koszmar. Krótko mówiąc - trud pracy mediatora wzrósł dziesięciokrotnie, a skuteczność jego moderacji, utrzymywania koncentracji, percepcji czy oddziaływania na świadomość bądź psychikę stron spadła do poziomu minimalnego.

 

Żałoba narodowa
2012-03-05 | 13:50:17
autor: wyniegra | skomentuj (5)

                Jako zagorzały orędownik publicznego nieokazywania wszelkich osobistych uczuć jestem także przeciwnikiem obnoszenia się z jakąkolwiek żałobą, w tym żałobą narodową. Taki narzucony ogólnokrajowy żal uważam za relikt szczęśliwie minionych dawnych czasów, kiedy władza arbitralnie wyznaczała ciemnemu społeczeństwu dni wspólnej ogólnej radości lub dni obowiązkowego smutku. Na przykład niejaki Zulus Czaka zarządził wielomiesięczną żałobę po śmierci swej matki, w ramach której obowiązywał zakaz uprawiania stosunków seksualnych pod rygorem publicznego wbijania niezdyscyplinowanych na pal.

                Absolutnie nie wiem, dlaczego mam psychicznie cierpieć akurat z powodu zderzenia pociągów na Śląsku, a obojętnie potraktować analogiczną tragedię w Bawarii, na Morawach czy gdzieś w Jutlandii. Jesteśmy jedną wielką europejską i światową rodziną, która z równym, autentycznym współczuciem powinna podchodzić do każdego ludzkiego nieszczęścia bez względu na narodowość ofiar i miejsce zdarzenia. Ogłaszanie narodowej żałoby po prostu jest odmianą szowinizmu.

                Śp. Prezydent Lech Kaczyński wprowadzał żałobę narodową nader często, chciałoby się powiedzieć, że przy okazji każdego głupstwa. Po którymś razie zmęczeni tym dziennikarze gremialnie zaczęli krytykować tę uciążliwą formę oddziaływania władzy na życie publiczne. Teraz o tym zapomniano. O dziwo, okazuje się, że mało częstotliwe żałoby są mile widziane, a nawet pożądane.

                Przestańmy być prymitywni. Żałoba to przeżytek. Jesteśmy wystarczająco światli, aby we własnym sercu przeżywać uczucia, które nami targają, bez spektakularnego obnoszenia się z tym na zewnątrz. Tym bardziej nie potrzebujemy instrukcji, kiedy mamy płakać i kogo opłakiwać.

 

Trójka z dżemem - palce lizać
2012-03-02 | 16:05:47
autor: wyniegra | skomentuj (3)

                Od 1972 roku, odkąd w domu moich rodziców, a dokładnie mówiąc w pokoju starszego brata, pojawiło się pierwsze radio z UKF-em, stale wiernie słucham Programu Trzeciego Polskiego Radia, zwanego kiedyś pieszczotliwie, a teraz zwyczajowo i oficjalnie Trójką. Czynię to codziennie w domu (rano), cały czas w biurze oraz jadąc samochodem. Znam więc tę stację bardzo dobrze, w przeciwieństwie do wszystkich  innych, które docierają do moich uszu co najwyżej wtedy, kiedy przebywam u kogoś albo w miejscach publicznych. Jednak taka dawka porównania najzupełniej wystarczy, aby pozostawać niezłomnie przekonanym, że Trójka jest najlepsza, a właściwie jedyna dobra. Oczywiście odnoszę się tylko do rozgłośni krajowych.

                Nie oznacza to wszakże, że jestem bezkrytyczny albo że obdarzam to radio jakimś zaślepionym afektem. Owszem, raczej lubię Trójkę, ale bywa, że nie znoszę niektórych audycji lub co poniektórych jej redaktorów. Dostrzegam także lata lepsze i gorsze, względnie pozytywny lub negatywny wpływ trójkowych dyrektorów na poziom współczesnych im programów. Nie będę podawać tu przykładów, aby nie być niemiłym.

                Największe przeobrażenie Trójka przeszła po wprowadzeniu stanu wojennego. W 1982 r. ściągnięto nową ekipę rodem z Radiokuriera  (codziennej ówczesnej popołudniówki radia młodych) nadawanego w Programie Pierwszym Polskiego Radia, a prowadzonego na przemian przez Andrzeja Turskiego i Marka Lipińskiego. To właśnie Andrzej Turski otrzymał misję reaktywacji Trzeciego Programu po zakneblowaniu go trzynastego grudnia 1981 roku. Jedynym elementem łączącym audycję Radiokurier ze starą i nową Trójką był redaktor Piotr Kaczkowski. Pozostali stanowili element napływowy, który z siłą walca niszczył poprzednio spokojną, literacką, intelektualną aurę tego elitarnego programu wypracowaną przez wielu dziennikarzy i autorów, których po prostu stamtąd wyrzucono. Trójkę zamieniono na agitacyjno-krzykliwy, z upływem czasu wyciszany, program polityczno-społeczny skierowany do młodych słuchaczy, dla dobra których działał jako minister do spraw młodzieży prominent PZPR – Aleksander Kwaśniewski, jakże częsty gość audycji o zerżniętej nazwie Zapraszamy do Trójki. Notabene był on, mimo rangi, na „ty” (przynajmniej na antenie) z młodymi redaktorami (redaktorkami), którzy (które) dzisiaj w wywiadach z nim udają zdystansowanie.

                Obecna Trójka jest kontynuatorką nurtu zapoczątkowanego w roku 1982 i nie ma nic wspólnego ze swoją wcześniejszą formą.

                W tym roku Program Trzeci (podobnie jak ja) obchodzi pięćdziesięciolecie. Z tej okazji codziennie przypominana jest jego historia w całkiem fajnej audycji Marcina Gutowskiego pod tytułem „Trójka z dżemem – palce lizać” . Wsłuchuję się w te interesujące mnie wspomnienia. Niestety stwierdzam, że dzieje rewolucyjnych przemian, które w tej redakcji nastąpiły w roku 1982, są nieco zawoalowane co do faktów i wypowiedzi osób, których te zdarzenia dotyczyły.

 

Ręce precz od wynagrodzeń premiera
2012-02-24 | 13:39:21
autor: wyniegra | skomentuj (0)

           Przy okazji ujawnienia wysokości premii budowniczego stadionu w Warszawie rozgorzała gorąca dziennikarska dyskusja o rzekomo niewygórowanych (wstydliwych) wynagrodzeniach naszego premiera.

Ja tu stanowczo protestuję. Twierdzę, że tego typu chlapnięte od niechcenia głosy są nieodpowiedzialne. Generują poważne następstwa finansowe na krajową skalę. Toż to woda na młyn do usprawiedliwionego i niby społecznie dozwolonego podniesienia uposażeń tego urzędnika, a w dalszej kolejności stu tysięcy innych, których zarobki są wprost proporcjonalnie uzależnione od podstawy poborów premiera. A do poziomu płac w sektorze administracyjnym z miejsca dostosowują się inni. I tak inflacja dzielnie rośnie krok za krokiem ze szkodą dla tych warstw społeczeństwa, które nie mają szans za nią nadążyć.

Niech nikt się nie łudzi, że członek rady nadzorczej spółki skarbu państwa, prezes banku czy nawet dyrektor szpitala beznamiętnie zniosą podwyżkę u premiera. Oni zaraz zarządzą odpowiednie regulacje, tak aby zachować „rynkowestatus quo.

Jeżeli ten i ów dziennikarz uważa, że premier, którego dodatkowo wożą, karmią, ubierają, czeszą, ubezpieczają  i uczą na koszt tkniętych kryzysem podatników, zarabia za mało, osiągając czterokrotną średnią krajową (nie licząc nagród rocznych i przeróżnych regulaminowych dodatków), a przy tym nie ponosząc (jak np. lekarz lub aptekarz) najmniejszych materialnych konsekwencji skutków swych daleko idących, nierzadko chybionych decyzji, to niech założy charytatywną fundację i pierwszy wpłaci suty datek na wspomożenie premiera. Wszak jego, gwiazdora dziennikarskiego, z pewnością na to stać.

 

Zerwać z fikcją ubezpieczeń emerytalnych
2012-02-22 | 16:05:21
autor: wyniegra | skomentuj (4)

                Przysłuchuję się licznym dyskusjom na temat przesuwania wieku emerytalnego, powoli dochodzę do przekonania, że ubezpieczanie emerytalne ludności, z globalnego – państwowego punktu widzenia, straciło jakikolwiek sens.

                Tak w ogóle, to obywatele naszego państwa, ale prawdopodobnie także i obywatele innych państw, byli przez dziesięciolecia wprowadzani w błąd zapewnieniami, że odprowadzane składki służą gromadzeniu środków na ich osobistą emeryturę. Mało tego. Przy reformie ubezpieczeń społecznych z roku 1999 wręcz tuszowano fiskalizm zarządzonych potrąceń i narzutów comiesięcznie odprowadzanych z wynagrodzeń bądź z przychodów z działalności gospodarczych osób fizycznych, a uwypuklano indywidualizm rzekomo dziedzicznych kont, na których miały być przechowywane, a nawet mnożone środki każdego przyszłego, szczęśliwego emeryta.

                Czar tej reformy pryskał powoli. Najpierw pozwolono każdemu na optymalny wybór towarzystwa emerytalnego dopuszczonego do działania w ramach otwartych funduszy emerytalnych. Prześcigano się w mamieniu wszem wobec i każdego z osobna walorami danego ubezpieczyciela z OFE, obiecując gruszki na wierzbie. Z czasem ten i ów, w wyniku przegranego procesu sądowego, dowiadywał się o niemożności traktowania zgromadzonych wkładów jako swoje i dysponowania nimi, czyli właściwie o podatkowym, a nie kapitałowym charakterze imiennych oszczędności. Zaś w zeszłym roku ostatecznie rozwiano złudzenia, ustawowo pozostawiając w ZUS-ie połowę wpływającego dotąd do OFE kapitału. To ewidentne oszustwo dokonane względem idei przyświecających reformie z 1999 r. argumentowano propaństwową potrzebą zmniejszenia kosztów manipulacyjnych.

                Teraz opowiada się już wprost, że płacone przez ubezpieczonych składki nie służą im, tylko innym osobom aktualnie uprawnionym do świadczeń emerytalnych, a przyszła emerytura obecnego płatnika składek będzie uzależniona tak naprawdę jedynie od zasobności Państwa i liczebności ludności pracującej w stosunku do ludności pobierającej emeryturę. A to ostatnie nie zapowiada się najlepiej, bo na łeb i szyję spada współczynnik dzietności przy katastrofalnym wzroście statystycznej długości życia.

                Stąd uważam, że najwłaściwszym rozwiązaniem byłoby uczciwe pójście w kierunku jednoznacznej zamiany terminologii „składka” na „podatek emerytalny” i wykreślenia powszechności partycypacji w państwowym świadczeniu emerytalnym. Po prostu emerytura przyznawana byłaby w zindywidualizowanym wieku wyłącznie potrzebującym (niezamożnym, bezdzietnym, niezaradnym) na zasadzie podobnej do zasiłku dla bezrobotnych. Wszyscy inni musieliby utrzymywać się z aktywów uzyskiwanych z dobrowolnych filarów ubezpieczeniowych albo z oszczędności tudzież z przychodów z akcji, lokat, obligacji, udziałów, wynajmu posiadanych nieruchomości, ewentualnych tantiem etc., czy z kompletnie dziś uznawanych za niestosowne alimentacyjnych obowiązków dzieci, w które każdy z nas wciąż tylko niby inwestuje, częstokroć zapominając o czerpaniu wymiernych korzyści z poczynionej przed laty drogiej inwestycji.

                W ten sposób zawczasu prysłyby ludzkie złudzenia, każdy zacząłby w porę liczyć na siebie, wymarłaby w narodzie nagminna rozrzutność, można by rozwiązać żerujące na sutych prowizjach OFE, zredukować ZUS do minimum, a politykę kraju skierować na mniej beznadziejne i społecznie bezpieczniejsze przedsięwzięcia.

 

Tak naprawdę
2012-02-17 | 14:27:45
autor: wyniegra | skomentuj (0)

                Mogę zrozumieć (choć tak naprawdę mnie to w tym wydaniu też razi), że ludzie amatorsko gadający tak naprawdę tylko między sobą nadużywają pewnych tak naprawdę wyświechtanych zwrotów, ale nie toleruję tego u zawodowców, np. dziennikarza Bogdana Rymanowskiego, który tak naprawdę frazę „tak naprawdę” potrafi użyć po trzy razy w jednym zdaniu, tak naprawdę w każdym wypowiadanym przez siebie zdaniu. W ogóle uważam ten zwrot za logicznie bezsensowny,  bo tak naprawdę oznacza on, że cała reszta wypowiedzi jest tak naprawdę fałszywa, a przynajmniej wątpliwa co do zgodności tak naprawdę z materialną prawdą. Podobnie zresztą tak naprawdę rzecz ma się z równie głupawym powiedzeniem „mówiąc szczerze”.

                Niegdyś nagminnie eksploatowano takie wyrażenia jak :„w ogóle” (w ogóle to wypowiadano je „wogle”), „generalnie” czy „rozumiesz?”. W reakcji na takie katowanie mnie oklepanym słowem zwykłem odpowiednio ripostować interlokutora: „a w szczególe?” , „a pułkownikowo?”, „tak/nie rozumiem”.  Generalnie zaś stwierdzam uzależnienie ludzi od ciągłego kończenia zdania niby inteligentnym „tak?” (w odróżnieniu od dawnego plebejskiego „nie?”), a ostatnio modny staje się nad wyraz brzydki przymiotnik „śmieciowy”. Poza tym nie mogę znieść kierowania prośby nonsensowną, naduprzejmą albo ugrzecznioną, często zbędną formą „czy mógłbyś?” („czy mógłbyś podać cukier?”). Zawsze odpowiadam, że mógłbym, po czym zastygam w słodkiej bezczynności, tak naprawdę bawiąc się konsternacją oczekującego na coś proszącego.

                O manierycznym, tak naprawdę trącającym o egzaltację narowie błędnego wypowiadania roku („dwutysięczny któryś”) przez ludzi sytuujących się, nie wiedzieć czemu,  w wyższych sferach społecznych (np. przez sędziów), i  w ogóle, nie będę tutaj pisać, tak?

 

Dobrodziejstwo naziemnej telewizji cyfrowej
2012-02-16 | 14:38:29
autor: wyniegra | skomentuj (0)

                Niewiele z globalnych krajowych zamierzeń zakończyło się optymistycznie zakładanym sukcesem, czyli bez wystąpienia społecznych zgrzytów. Mało tego. Na ogół problemy ujawniały się dopiero post factum, tak jakby decydentom brakowało należytej wyobraźni. Może trzeba pomyśleć o zmianie kryteriów rekrutacji urzędników wysokiego szczebla, aby w przyszłości nie zawodzili w skutecznej antycypacji. W każdym razie akurat ja mam zdolność prawidłowego przewidywania kłopotów rodzonych przez kolejne głębokie reformy czy szerokie przedsięwzięcia.

                Tutaj wskazuję na fatalne następstwa likwidacji telewizji analogowej, co bodajże ma nastąpić z początkiem roku 2013. Wtedy naziemną telewizję analogową ostatecznie zastąpi, już teraz dostępna, o niebo lepsza jakościowo telewizja cyfrowa. Jedyną dzisiaj publicznie podnoszoną niedogodność stanowią wciąż powszechnie użytkowane przestarzałe, bo niezdolne do odbioru nowoczesnego sygnału, odbiorniki telewizyjne, czyli telewizory kineskopowe bądź te płaskie, które nie mają odpowiedniej funkcji. W związku z tym, aby osiągnąć status quo, rzekomo wystarczy te starocie wymienić na nowe lub dokupić reklamowane przystawki.

                Od kilku lat odbieram emitowane w technice naziemnej programy cyfrowe – te alternatywne do analogowych, i te inne. Moje obserwacje dotyczą zarówno dużego miasta, jak i rozproszonej „zabitej dechami” wsi, na dodatek otoczonej gęstymi lasami. I co stwierdzam?

                Przyznaję, że emisja cyfrowa daje lepszą jakość. Obraz jest ładniejszy, ostrzejszy. Ale fajnie bywa dopóty, dopóki są dobre warunki atmosferyczne. I to nie tylko w miejscu odbioru. Po prostu jeśli gdzieś na trasie sygnału występuje śnieżna lub gradowa nawałnica, obfity deszcz, burza lub silny wiatr, to jakikolwiek odbiór dźwiękowy lub wizyjny staje się praktycznie niemożliwy, a nawet wprost zostaje automatycznie zredukowany do czarnego ekranu przez „system operacyjny” naszego własnego telewizora.

Wtedy jeszcze pozostaje możliwość oglądania kanałów analogowych. Bywa, że też są tam przykre dla oka zakłócenia, lecz ograniczają się one jedynie do zmniejszenia komfortu obrazu – trochę śnieży, ale z grubsza ujdzie. Zgoda na niedogodności, byle nie stracić ważnego meczu, serialowego wątku, politycznych komentarzy „gadających głów” czy interesującego filmu. A co będzie, kiedy zabraknie tego wyjścia awaryjnego?

Naród oczekuje od Władzy chleba i igrzysk. Te ostatnie w dużej mierze zapewnia właśnie telewizja. Już widzę premiera Tuska, jak z ręką umoczoną w przysłowiowym nocniku tłumaczy się z pochopnie powziętych decyzji, przepraszając wkurzonych Polaków za niekompetencję swoich doradców, wobec których, jak zawsze, wyciągnie surowe konsekwencje.

 

Atak na toalety dla niepełnosprawnych
2012-02-15 | 12:06:34
autor: wyniegra | skomentuj (0)

                Niedawno usłyszałem o jakimś społecznym ruchu kobiecym, coś na kształt lobby, działającym w kierunku stworzenia drogowej, względnie parkingowej  infrastruktury wspomagającej przewijanie niemowlaków, które wożone są w samochodach.

Osobiście popieram wszelkie niegroźne idee i niewiele szkodzące inicjatywy. Aczkolwiek w tym wypadku trochę się dziwię, bo wydaje mi się, że robi się z igły widły, czyli wyolbrzymia problem ponad wszelką miarę. Bowiem samochód osobowy jest na tyle wygodny, aby dziecko mogło być tam sprawnie przewinięte, tym bardziej przy dostępności na rynku rewelacyjnych środków higienicznych, o których kiedyś nikomu się nie śniło. Ale jeśli tego typu publiczne przewijalnie miałyby ulżyć doli młodych matek (a także ojców, których przez pominięcie nie należy dyskryminować), albo, podchodząc z drugiej strony, prowadziłyby do podniesienia cywilizacyjnego komfortu wypełniania przez nią (niego) prokreacyjnej misji, to gotów byłbym zagłosować za, podnosząc wbrew prawu nawet obie ręce równocześnie.

Jednak w jednej kwestii muszę tu stanowczo zaprotestować. Otóż owe przebojowe panie mają kreatywny pomysł na łatwe spełnienie ich potrzeb. A mianowicie wskazują na przestronne toalety dla niepełnosprawnych, które spotkać można na prawie wszystkich nowoczesnych stacjach benzynowych. Według nich tę przestrzeń można by wspaniale zagospodarować, wstawiając odpowiedni mebel ułatwiający przewijanie nagminnie podróżujących osesków.

Proszę Pań! To miejsce jest niezbędne dla człowieka poruszającego się na inwalidzkim wózku. Nie załatwiajmy swoich spraw kosztem krzywdy lub dorobku innych! Nie jesteśmy w buszu!

 

Niewybaczalna rozrzutność
2012-02-14 | 14:55:49
autor: wyniegra | skomentuj (0)

                Nie chcę przyłączać się do fali krytyki wyrosłej na bazie owego budowniczego Stadionu Narodowego w Warszawie, który podał się wczoraj do dymisji. Ale muszę zwrócić uwagę na kolejny przejaw niewybaczalnej rozrzutności Polskiego Rządu, który tak łatwo i nieodpowiedzialnie zawiera umowy na horrendalne wynagrodzenia. Moim zdaniem robi to zupełnie niepotrzebnie, bo z pewnością znalazłoby się w kraju wielu zdolnych menadżerów gotowych podjąć się takich spektakularnych przedsięwzięć za o wiele niższe stawki, choćby dla splendoru i sławy.

                Jednak ja o czymś innym. Chodzi mi o to, że żaden rząd i żaden premier nigdy nie zyskają społecznej aprobaty dla wyrzeczeń, ograniczeń, oszczędności, podniesienia progów dla przywilejów wiekowych itp. itd., jeżeli będą na lewo i prawo trwonić to, co planują zyskać poprzez narastający ucisk ludności. To tak samo, jakby w przeciętnej rodzinie matka zarządziła dzieciom drastyczną redukcję długości rozmów telefonicznych w celu minimalizacji kwot rachunków, a sama podwoiła częstotliwość swoich wizyt u kosmetyczki.

                Może nie byłbym pierwszym, ale z pewnością nie ostatnim, który zgodziłby się spłacić za siebie przypadające na osobę zadłużenie naszego Państwa. Jednak podobny heroizm ekonomiczny byłby idiotyczny w obecnie trwającej patologicznej sytuacji, kiedy jedni w trosce o teraźniejszy i przyszły krajowy budżet mają wciąż zaciskać pasa, by drudzy (niczym jak za króla Sasa), obsiadłszy rządowe i unijne posady, bez opamiętania pławili się pro publico bono w przepychu i w zbytku.

 

Pomediacyjne popłuczyny
2012-02-09 | 15:51:52
autor: wyniegra | skomentuj (3)

          Na mocy art. 1835 k.p.c. wynagrodzenie i zwrot wydatków mediatora obciążają strony. Faktycznie mediacji nie prowadzi się (art. 1838 § 3 zd. 2 k.p.c.), jeżeli strona w terminie tygodniowym od daty ogłoszenia lub doręczenia jej postanowienia o skierowaniu do mediacji nie wyraziła zgody na mediację. Wymóg ten nie został jednak spełniony w omawianym przypadku, gdyż mediator wszczął postępowanie mediacyjne na bazie postanowienia Sądu Rejonowego z dnia 22.08.2011 r. doręczonego w dniu 29.08.2011 r. i prowadził je do dnia 21.09.2011 r. zgodnie z wyznaczonym terminem jednego miesiąca, poczynając od doręczenia postanowienia. Ani w tym czasie, ani nigdy potem nikt nie poinformował mediatora o rzekomym niewyrażeniu przez pozwaną zgody na mediację.

          Należy zwrócić uwagę, że wyżej zacytowany przepis art. 1838 § 3 zd. 2 k.p.c. nie wskazuje adresata oświadczenia woli o niewyrażeniu zgody na mediację, co jednoznacznie oznacza, że o tego typu decyzji powinien zostać powiadomiony mediator, który wszczął postępowanie, pod rygorem uznania, że strona wyraziła zgodę na mediację.

         Warte zauważenia jest także, że w danym postępowaniu skierowano sprawę do mediacji postanowieniem z dnia 8.03.2010 r. (do innego mediatora), a postanowieniem z dnia 22.08.2011 r. zmieniono jedynie osobę mediatora. Z tego wynika, że ewentualne niewyrażenie zgody na mediację powinno nastąpić już przy pierwszym postanowieniu z dnia 8.03.2010 r.

         Tym niemniej fakt rzeczonego niewyrażenia zgody na mediację, który w piśmie kwestionującym zasadność roszczenia mediatora nie został należycie udokumentowany (nie wskazano, kiedy dowiedziano się o powołaniu mediatora i kiedy miano doręczyć sądowi pismo niewyrażające zgody na mediację) i tak nie ma specjalnego znaczenia, gdyż Rozporządzenie Ministra Sprawiedliwości z dnia 30.11.2005 r. w § 1 wyraźnie mówi, że rozporządzenie określa wysokość wynagrodzenia mediatora za przeprowadzenie postępowania mediacyjnego w sprawach cywilnych, wszczętego na podstawie skierowania sądu i wydatki mediatora podlegające zwrotowi. A postępowanie mediacyjne zostało przeprowadzone, co wynika z doręczonego stronom i sądowi protokołu.

         Nadto z chwilą skierowania stron przez sąd do mediacji dochodzi do zawiązania pomiędzy nimi a mediatorem stosunku umownego, w zasadzie o odpłatnym charakterze, umowy nienazwanej o treści zbliżonej do umowy o świadczenie usług. Dokładnie takie stanowisko wynika choćby z wyroku Sądu Rejonowego Poznań – Grunwald i Jeżyce w Poznaniu z dnia 14.11.2008 r. o sygn. akt: I C 2445/08.

 

Strach mieć dzieci
2012-02-06 | 18:43:26
autor: wyniegra | skomentuj (1)

                Rząd planuje reformę emerytalną polegającą na podniesieniu wieku przechodzenia na emeryturę do sześćdziesięciu siedmiu lat i zrównanie w tych prawach kobiet i mężczyzn. W związku z tym prezentowane są liczne argumenty za i przeciw. Jedne i drugie słuszne. Głównym jednak powodem tak drastycznych zmian jest ujemny przyrost polskiej ludności, a inaczej mówiąc spadek dzietności prowadzący do zaniku sponsorów dla przyszłych emerytów.

                Stąd pomysły, aby jakąś polityką państwową skłonić młodzież do małżeństw i rodzenia dzieci. Jestem sceptyczny co do tezy, że wzrost urodzeń spowoduje wprost wzrost liczby pracujących obywateli. Przecież prędzej czy później duża część z nich wyemigruje do lepszych krajów. Im więcej ludzi, tym więcej emigrantów. Ale byłaby w tym jakaś szansa na zapełnienie lawinowo zwalnianych za kilkadziesiąt lat miejsc pracy.

                Powstaje zatem pytanie, w jaki sposób Państwo ma zachęcać młodych, aby zechcieli się mnogo rozmnażać. Pomysłów jest wiele – wszystkie marne: ulgi podatkowe dla wielodzietnych małżeństw, płatne urlopy macierzyńskie, większe becikowe, tanie żłobki i przedszkola, obniżanie pułapu emerytalnego dla kobiet w zależności od liczby urodzonych przez nie dzieci itp., itd.

                Moim zdaniem jedynym skutecznym rozwiązaniem jest powrót do traktowania dzieci w sposób normalny, tak jak około pięćdziesiąt lat temu i wcześniej. Wtedy dzieci nie były uważane za ósmy cud świata, wiedziały co to stres, cieszyły się, kiedy dostały cukierka, bały się lania, mogły biegać bez opieki po ulicach, szanowały rodziców i miały respekt przed nauczycielami. Za to ich matki i ojcowie mogli zajmować się swoimi sprawami, nie przejmując się zanadto, co w każdej sekundzie wyprawia ich pociecha.

Jeśli stało się nieszczęście, to trudno. Takie prawa statystyki. Wszelkie braki rekompensowały pozostałe liczne dzieci w rodzinie. W każdym razie nikt nie wlókł rodziców po prokuratorach i sądach z absurdalnymi zarzutami o brak nadzoru i z podobnymi bzdurami. Nie nękano tak alimentami jak dziś. Nie występowało też, jak obecnie, aż tak nasilone społeczne potępianie rodziców za rzeczywistą lub urojoną krzywdę ich malca. Dziecko nie było ani kulą u nogi matki, ani miną, która wybucha, czyniąc katastrofalne spustoszenie w dalszym życiu i psychice otoczenia.

Stąd nie dziwmy się, że strach mieć dzieci.

 

(Nie)podległość biegłego sądowego
2012-02-03 | 15:46:27
autor: wyniegra | skomentuj (0)

          Wynagrodzenie biegłego sądowego kalkulowane jest godzinowo. Od kilku lat wartość jednej godziny wynosi 31,86 zł netto. Jest to pochodna tzw. kwoty bazowej ustalanej ustawowo na dany rok. Zasadniczo stawka ta stanowi górną granicę dopuszczalnego przedziału, bo dolna to 22.49 zł netto. W wyjątkowych przypadkach (jakieś utrudnienia, ekspres, specjalne wymagania, a równocześnie ponad pięcioletni staż biegłego, czyli od drugiej kadencji) stawka ta może zostać przemnożona razy 1,5.

          W karcie pracy biegły (dopiero post factum) kalkuluje swą pracochłonność, a sąd bada rzetelność tej przedłożonej mu kalkulacji. Sąd przyznaje biegłemu wynagrodzenie, a zatem ma prawo zredukować stawkę (zawsze przyjmowaną przez biegłych w górnej granicy) do minimum oraz nie uznać jakichś pozycji kalkulacyjnych bądź stwierdzić, że pracochłonność została zawyżona. Sąd jest nawet uprawniony do odmowy przyznania biegłemu wynagrodzenia, jeśli uzna opinię za nieprzydatną.

           Stąd praca biegłego informatyka tknięta jest sporym ryzykiem w zakresie opłacalności, nie mówiąc o nieraz wielomiesięcznej zwłoce w przyznaniu, a następnie w wypłacie wynagrodzenia.

           Na postanowienie o przyznaniu biegłemu wynagrodzenia przysługuje zażalenie do sądu wyższej instancji, ale wyłącznie wtedy, kiedy biegłego powołał sąd pierwszej instancji. Bowiem postanowienie sądu drugiej instancji i Sądu Najwyższego, chociażby ich postanowienie o przyznaniu biegłemu wynagrodzenia było pierwszoinstancyjne, jest ostateczne (niezaskarżalne), czego doświadczyłem, opiniując na zlecenie sądu odwoławczego w procesie karnym (art.426 §2 k.p.k.). Oznacza to, że taki sąd w skrajnym przypadku może bezapelacyjnie (bez kontroli) skrzywdzić biegłego, odmawiając mu na przykład w ogóle przyznania wynagrodzenia za wykonaną pracę.

           Natomiast nie ma skutecznej możliwości pozwania prezesa sądu (skarbu państwa) przez biegłego w procesie cywilnym o roszczenie wynagrodzenia. Ja próbowałem. Mój pozew odrzucono, argumentując, że biegłego nie łączy z sądem zlecającym dokonanie określonych czynności stosunek z zakresu prawa cywilnego ze względu na istniejącą podległość biegłego (biegły nie ma możliwości odmowy wykonania należących do jego obowiązków czynności). A jeżeli jeden z podmiotów rozstrzyganego stosunku uzyskuje pozycję organu działającego z mocy swej władzy zwierzchniej, to stosunek taki nie jest stosunkiem cywilnoprawnym.

          Zupełnie ubocznie warto zauważyć, że orzecznictwo sądowe kwalifikujące biegłych jako podatników podatku VAT opierało się na całkiem odmiennej tezie, a mianowicie, że… nie ma podległości służbowej pomiędzy organem zlecającym a biegłym.

Bezczelna baba
2012-01-31 | 17:05:25
autor: wyniegra | skomentuj (0)

                Jedną z niezbędnych cech mediatora jest pokora. Niby dziwne, ale niestety prawdziwe. A to dlatego, że mediator wciąż narażony jest na skutki różnorodnych zachowań uczestników mediacji, które nierzadko przetwarzają się w ostre personalne ataki. Bywa nawet, że insynuuje się mediatorowi, iż ma on jakiś szczególny interes w prezentowaniu takiej, a nie innej postawy, choćby była ona nader powściągliwa i całkiem neutralna.

                Reprezentanci innych profesji w zderzeniu z gburem mają jakieś możliwości rezygnacji z danej usługi albo scedowania jej na inną osobę, na przykład na współpracownika lub szefa. Zaś mediator jest na ogół związany postanowieniem sądu, które imiennie wskazuje dokładnie na niego, jako osobę powołaną do przeprowadzenia konkretnego postępowania mediacyjnego. Ewentualna odmowa realizacji postanowienia dawałaby świadectwo braku umiejętności bądź niedyspozycyjności mediatora, co skutkowałoby zniechęceniem sądu do dalszej współpracy. Z kolei z uwagi na poufność i dobrowolność mediacji merytoryczna skarga na jej uczestnika w zasadzie odpada, a przynajmniej byłaby całkowicie nieskuteczna. Ponadto w sytuacji dojścia do kontaktów mediatora ze stroną sporu zostały już wykonane jakieś czynności pociągające za sobą poświęcenie czasu i poniesienie kosztów, za co mediator nie otrzymałby rekompensującego wynagrodzenia, gdyby odmówił z przyczyn własnych dalszego prowadzenia zleconego postępowania.

                Stąd profesjonalny mediator musi zapakować nerwy w konserwy i niczym chłopiec do bicia potulnie wystawić się na reakcje stron niezadowolonych z: terminu posiedzenia, jego długotrwałości, obciążania kosztami przy mediacjach cywilnych, zarządzenia mediacji w ogóle, bezpośredniego kontaktu z przeciwnikiem, umożliwiania drugiej stronie prezentowania jej racji, przerywania bądź nieprzerywania wypowiedzi, mowy nie na temat, czynionych dygresji mediatora czy wręcz jego płci tudzież wykształcenia, które powinny być, zdaniem tego kogoś, akurat odwrotne albo nie takie. W innym przypadku działalność mediatora spełzałaby na niczym.

                Ale to wszystko jest pestką w zderzeniu z taką jedną bezczelną kobietą, która jako oskarżycielka prywatna w mediacji karnej już na samym początku posiedzenia, notabene odbywającym się w dogodnym dla niej terminie, wcześniej przesuniętym na jej prośbę,  oświadczyła, że tutaj przedstawione przez nią warunki nie podlegają negocjacji, a na mediację może poświęcić tylko czterdzieści minut, bo umówiła się, że za godzinę będzie czekać w domu na fachowca od pralki. Do tego podczas spotkania wciąż odbierała swą niemilknącą komórkę i kilka razy wychodziła z pokoju mediacyjnego, aby do kogoś telefonować, a raz za potrzebą, co musiała głośno wszystkim oznajmić. Próby przywoływania jej do porządku kończyły się jazgotliwymi docinkami, z których wynikało, że jej wcale nie zależy na porozumieniu, ponieważ została dotkliwie skrzywdzona przez oskarżonego męża, który teraz winien za to należycie odpokutować.

                Mimo tego i wtedy udało się doprowadzić do zawarcia ugody…

 

Mediator nie jest instytucją interwencyjną
2012-01-27 | 14:45:05
autor: wyniegra | skomentuj (0)

                Właśnie natknąłem się na artykuł pt. ‘Gdy nikt nie mówi „przepraszam”’ zamieszczony na stronie http://m.onet.pl/prasa/4979123,detal.html, gdzie cytowane są moje wypowiedzi. Przyznaję, że w dniu 20.12.2011 udzieliłem telefonicznego wywiadu znanej mi dziennikarce, wiedząc, że moje wypowiedzi służą powstającemu artykułowi o mediacjach. Jednakże ani nie autoryzowałem tego artykułu, ani nie zostałem wprowadzony w jego kanwę. Po prostu rozmowa dotyczyła mediacji w ogólnym tego pojęcia znaczeniu oraz mojej osoby w aspekcie pracy mediatora.

                Bynajmniej nie chcę wycofywać się z być może ściśle przytoczonych w artykule moich wypowiedzi, ale pragnę zaznaczyć, że wyrwano je z kontekstu i użyto jako komentarz do opisywanej nieznanej mi historii. Absolutnie nie gniewam się za to na dziennikarkę. Jeśli już za coś, to jedynie za to, że, pomimo złożonej obietnicy, zaniechała poinformowania mnie o dacie i miejscu publikacji. Zatem odcinam się jedynie od meritum artykułu, bo w ogóle się nie zgadzam z jego tezą.

                Albowiem w artykule opowiedziano patologiczną sprawę społeczną starszej kobiety rzekomo nękanej przez jej syna, sugerując jednocześnie, że rozwiązanie problemu stanowi zadanie dla mediatora. Ja uważam inaczej. Mediator nie jest instytucją interwencyjną, która może coś komuś załatwić, tylko moderatorem porozumienia stron, które dążą do ugody, lecz same nie potrafią jej wypracować. Poniekąd wynika to nawet z moich stwierdzeń przywoływanych tu i ówdzie w przedmiotowym artykule.

 

Permanentne spóźnialstwo
2012-01-23 | 16:35:36
autor: wyniegra | skomentuj (0)

                Osobiście niewiele w swoim życiu jeździłem kolejami. Owszem, zdarzało się, ale rzadko, mimo posiadanego przywileju (należnemu każdemu niepełnosprawnemu w stopniu znacznym) zabierania ze sobą tak zwanego przewodnika, dla którego otrzymuję bilet darmowy. To nie jest wystarczająca zachęta do niepotrzebnego skazywania się na trudy takiej podróży. Może gdyby bilet darmowy był dla osoby niepełnosprawnej zamiast dla jej towarzysza… Ale ja nie o tym.

                Od zawsze słyszę, że polskie koleje państwowe, w przeciwieństwie na przykład do japońskich, wciąż się spóźniają. Ponoć wynika to ze względów obiektywnych. Wierzę, choć nie do końca. Jednak z uwagi na wzniosły przymiotnik „państwowe” oczekiwania wobec punktualności pociągów są nieustające, podobnie jak obietnice poprawy składane przez prominentnych przedstawicieli kolejarzy. Ale ja także nie o tym.

                Wyrażam pogląd, że nieładnie jest się spóźniać, aczkolwiek czasem i mi się to zdarza. Cóż korki, niemożność biegania, złe skalkulowanie czasu… Konsekwencje spóźnialstwa przeważnie dotykają spóźnialskiego, zatem dostaje on za swoje. No, chyba że kara uchodzi mu koło nosa. Inna sprawa, jeśli spóźnienie dotyczy poważnej, renomowanej instytucji, takiej jak PKP. Tutaj nie powinno być żadnej taryfy ulgowej ­­– pod warunkiem, że nie zachodzą owe względy obiektywne.

                Nie widzę jednak żadnego usprawiedliwienia za notoryczne spóźnianie się dla innej państwowej instytucji, jaką jest telewizja publiczna. Między innymi do misji telewizji publicznej należy promowania dobrych wzorców, wychowywanie widza i nauczanie. Tymczasem prawie nie ma pozycji programowych (pewnie prócz niektórych audycji informacyjnych), które nie byłyby nadawane z kilkuminutowym opóźnieniem.

Ja wiem, że dzieje się tak w celu zwabienia widza w pułapkę reklamową. Co z tego, skoro w rezultacie tej nieszczęsnej pogoni za komercją dochodzi do krzewienia lub popierania przywar, które Telewizja Polska powinna z definicji raczej tępić, a nawet ostro potępiać.

 

Ciemna strona wynagrodzeń biegłych sądowych
2012-01-19 | 16:23:11
autor: wyniegra | skomentuj (5)

            Kryzys nie omija nikogo, także wymiaru sprawiedliwości, który, zmuszany do oszczędności, wprowadza ją, gdzie tylko może. A najłatwiej oszczędzać na biegłych sądowych, całkowicie uzależnionych od „widzi mi się” sądu czy innego organu uprawnionego do przyznania biegłemu wynagrodzenia. Warto podkreślić, że owo „przyznawanie” odbywa się na wniosek biegłego, który przedkłada w tym celu tzw. kartę pracy i fakturę.

A propos. Wczoraj na szkoleniu w Sądzie Okręgowym usłyszałem nowinę, że każdy biegły sądowy z racji świadczenia „usług prawniczych” (a za takie uchodzą usługi biegłych sądowych ustanowionych obojętnie w jakiej dziedzinie) automatycznie staje się bezwzględnym podatnikiem podatku VAT, czyli musi odprowadzać ten podatek bez względu na poziom przychodów bądź ich częstotliwość. Byłem świadkiem jak przynajmniej połowa z około dwustu uczestników szkolenia przeżyła potężny stres, gdyż właśnie dowiedziała się, że za ostatnie pięć lat zalega z podatkiem od wartości dodanej (czyli z VAT-em), którego nie może już naliczyć wstecz swemu płatnikowi, a który wypada zapłacić fiskusowi wraz z ustawowymi odsetkami oraz dalszymi karami finansowymi, o ile zawczasu nie wyrazi się stosownej pisemnej skruchy.

Wracając do czynności „przyznawania” wynagrodzenia, to w najlepszym przypadku ogranicza się ono do wysokości wynikającej z wniosku biegłego. W ciągu mojej niespełna dwudziestoletniej praktyki biegłego sądowego nigdy nie przyznano mi więcej niż żądałem. A zatem, co to za przyznawanie? To jest po prostu zatwierdzanie albo obcinanie

 Z kilku właściwych norm prawnych niezbicie wynika, że koszty przeprowadzenia dowodu z opinii biegłego obejmują wynagrodzenie biegłego za wykonaną pracę, koszty zużytych materiałów oraz inne wydatki niezbędne do wykonania opinii. Tymczasem niektórzy etatowi księgowi, w ramach proceduralnych obowiązków doradzający sędziom i prokuratorom przyznającym biegłym wynagrodzenie, głoszą nonsensowną tezę, że wszystkie koszty wykonania opinii biegły ma ponosić w ramach swoich „kosztów uzyskania przychodów”. Jeśli tak, to niech odtąd także ów księgowy zakupuje służbowy długopis, kalkulator, komputer czy papier w ramach swoich pracowniczych kosztów uzyskania przychodów, a nie za środki pracodawcy.

            Stosunek biegłego z powołującym go organem jest stosunkiem zbliżonym do umowy-zlecenia wiążącej wykonawcę z zamawiającym, w ramach którego po zrealizowaniu zadania zostaje przedstawione rozliczenie uwzględniające także inne wydatki niezbędne do wykonania pracy, w tym wypadku opinii. Stąd absurdalne byłoby podnoszenie przez księgowość zleceniodawcy problematyki kosztów uzyskania przychodów (celem uchylania się od częściowej zapłaty należności), gdyż ta dotyczy wyłącznie stosunku podatnika z jego urzędem skarbowym. To urząd skarbowy ostatecznie decyduje, które koszty podatnika należą do tzw. "kosztów uzyskania przychodów" (zmniejszających li tylko podstawę opodatkowania), a które nie, albo czy rozliczać roczne zobowiązanie podatkowe podatnika na podstawie procentowych kosztów ryczałtowych, czy tych udokumentowanych materialnymi dowodami poniesienia wydatków. W żaden sposób nie ma prawa wypowiadać się na ten temat zamawiający, tak jak uzurpują to sobie czynić księgowi sądów i prokuratur. Za to do ich bezsprzecznego obowiązku należy bezzwłoczne (cha, cha, cha) wypłacenie biegłemu wynagrodzenia przyznanego prawomocnym postanowieniem z automatycznym potrąceniem zaliczki na podatek dochodowy uwzględniającej dwadzieścia procent kosztów uzyskania przychodów liczonych od ogólnej kwoty netto wszystkich wyspecyfikowanych na fakturze pozycji przychodów, również tych (choć to wysoce dyskusyjne) rozliczających poniesione przy realizacji zlecenia koszty.

Na marginesie pragnę poinformować, że biegły informatyk z reguły nie opiera się jedynie na własnej wiedzy, ale przeprowadza żmudne czynności badawcze, do których niezbędne jest zabezpieczenie odpowiedniego sprzętu komputerowego, oprogramowania, laboratorium oraz siedziby z obsługą administracyjną, w której można właściwie i bezpiecznie przechować otrzymany do badań materiał dowodowy. Pokryciu tego wydatku absolutnie nie ma służyć "ulga podatkowa", którą stanowią tzw. koszty uzyskania przychodów (nie mylić z kosztami realizacji zlecenia) wynikające z dwudziestoprocentowego ryczałtu liczonego od wynagrodzenia z godzin pracy. Albowiem koszty uzyskania przychodu, jak sama nazwa wprost wskazuje, to są te ogólne koszty, bez obligatoryjnego poniesienia których dana działalność rodząca przychody byłaby zupełnie niemożliwa, a nie te, które stanowią wydatki bezpośrednio determinowane wykonywaniem konkretnego zlecenia.

 

Pomóżcie mi wygrać ten konkurs!
2012-01-12 | 18:14:49
autor: wyniegra | skomentuj (0)

                Od dzisiaj przez kilka najbliższych dni można głosować w konkursie na najlepszy blog. Aby poprzeć właśnie mój blog „WYNIEGRA”, należy wysłać SMS o treści C00084 na numer 7122. Nie wiem, ile to kosztuje, ale ufam, że niewiele. Zatem proszę o Twój głos, bo liczy się każdy.

                                                                                                           Bartłomiej Butlewski

Sprawdzony sposób na rozgłos
2012-01-10 | 18:16:32
autor: wyniegra | skomentuj (4)

                Chcę jasno powiedzieć, zresztą już po raz wtóry (patrz Protestujący zawsze ma rację – moja notka z dnia 29.09.2011 r.), że z automatu poważam i szanuję tych, którzy są gotowi oddać życie za swoje przekonania. Bowiem polec za głoszone idee to szczyt honoru i dowód prawości, a zarazem świadectwo bezgranicznej wiary w słuszność własnego postępowania. Ja ufam takim ludziom i w ciemno pochylam głowę nad motywami, które wymuszają aż taką determinację.

                Nic dziwnego, że taki jestem. Wszak ukształtowałem się na lekturze i filmie pt. „Pan Wołodyjowski”. Nadto od wczesnego dzieciństwa intensywnie w procesie patriotyczno-szkolnej bądź kulturowej indoktrynacji zapoznawałem się sam lub mnie zapoznawano z martyrologią narodu polskiego, gdzie bohaterska śmierć w imię ogólnie uznawanych dóbr najwyższych była chlebem powszednim i pożądanym. Stąd budzi moje zdumienie powściągliwe, ostrożne czy wręcz lękliwe (zazwyczaj wymagające obligatoryjnej pomocy psychologów) podejście współczesnego zniewieściałego społeczeństwa do wszelkich przeciwności losu, przy zetknięciu z którymi spodziewałbym się raczej reakcji heroicznych (rejtanowskich), rycerskich (jak Staś Tarkowski z powieści Sienkiewicza, względnie ten filmowy grany przez Tomasza Mędrzaka – w żadnym wypadku nie przez tego beksę w nowej wersji) lub przynajmniej pełnych godności czy odpowiedzialności na wzór niedościgłego dla mnie Lorda Jima.

                Dzisiejsze konsumpcyjne czasy wolne są (poza wyjątkami) od skrajnie altruistycznych, śmiałych, prawdziwie szalonych czynów, ponieważ takie odbierane są jako głupota, naruszanie porządku publicznego bądź niesubordynacja. Władza nie lubi protestujących bohaterów. Per analiogiam ukazuje to każda odtwarzana reakcja hitlerowskich okupantów na zrywy polskiego podziemia, z definicji kwalifikowane jako akty wrogiego bandytyzmu. O teraźniejszych terrorystach lepiej zmilczę. Po prostu myślenie buntownicze, nowatorskie, nowoczesne, wolne od narzuconego, skostniałego lub modnego odbioru rzeczywistości, zawsze było ostro zwalczane lub całkowicie ignorowane. Aby się przebić albo szerzej ujawnić, wywołuje się jakiś głośny skandal, w tym skrajnie morderczy, brutalny atak na młodzież tudzież spektakularne samobójstwo.

                Jednak cóż innego mają czynić nierzadko obłąkani piewcy szczytnych idei lub głosiciele znanej sobie a tajonej prawdy, aby skutecznie obudzić ducha bezstresowo wychowywanego narodu, zagonionego nieustającą przyziemną konsumpcją i usypianego serwowaną cowieczorną medialną papką sprytnie reżyserowaną przez przebiegłych polityków?

Odpowiadam: na przykład strzelić sobie w łeb przed kamerami, jak zrobił to wczoraj sympatyczny prokurator z Poznania… Dopiero wtedy może nastąpić oczekiwana reakcja demokratycznych wybrańców i odzew dyżurnych intelektualistów.

 

Myśleć, myśleć!
2012-01-09 | 17:13:37
autor: wyniegra | skomentuj (0)

                Jak najbardziej jestem za Wielką Orkiestrą Świątecznej Pomocy, choć, wstyd się przyznać, ani razu jej nie sponsorowałem, mimo że śledzę te akcje od samego początku. Po prostu w każdą niedzielę przebywam w leśnej głuszy, gdzie wysłannicy Orkiestry  nie dochodzą ze swymi puszkami i serduszkami. Ale, bez obaw, sporą częścią swych przychodów finansuję lub wspomagam inne szczytne cele. Analogicznie niejeden wolontariusz wypełnia swą podziwianą misję, poniechawszy przedtem ważniejszych obowiązków względem bardziej potrzebujących we własnej rodzinie. A propos: czy ktoś uwierzy, że żaden z kilkunastu mych sąsiadów nigdy nie odśnieżył podjazdu do mojego domu, choć wszyscy wiedzą, że zamieszkuje w nim rodzina osób dotkliwie niepełnosprawnych. Wprost przeciwnie – ci najbliżsi, odśnieżając swoje posesje, niejednokrotnie z premedytacją zasypywali moją.

                Bardzo lubię Jerzego Owsiaka. Poznałem go (niestety nie osobiście) ponad dwadzieścia lat temu jako prezentera trójkowych audycji muzycznych. Biernie popieram jego działalność na rzecz młodzieży, w tym rokroczne koncerty pod nazwą „Przystanek Woodstock”. Aczkolwiek ani ja, ani mój syn na żadnym z nich nie byliśmy.

                Po tych pozytywnych wstępnych deklaracjach chciałbym wyrazić pewne zaniepokojenie tym, że zarówno Jerzy Owsiak, jaki i jego sławna Orkiestra zdobyły aż takie wielkie uznanie społeczne, że w ogóle nie uchodzi ich krytykować. A ja także i tu dostrzegam pole do mało chlubnych przytyków bądź niemiłych, ale trafnych uwag.

                Chciałbym, żeby i zwolennicy, i przeciwnicy tego czy innego działania społeczno-zawodowego (wszak wielu dobrze zarabia na organizowaniu imprez charytatywnych) mogli w równym stopniu swobodnie wypowiadać się na nurtujące ich tematy, bez wzbudzania czyjegokolwiek sprzeciwu, że albo apoteozują materię powszechnie potępianą, albo raczą godzić w uznane świętości. Po prostu podchodźmy życzliwie do każdego poglądu i zgłębiajmy go przy użyciu mózgu, a nie przy pomocy organów ciała niekoniecznie służących do myślenia.

 

Słuszny protest lekarzy
2012-01-05 | 17:24:06
autor: wyniegra | skomentuj (4)

                Osobiście nie darzę lekarzy, jako przedstawicieli grupy zawodowej, nadzwyczajnym uznaniem. Z reguły są oni wyniośli, napuszeni, zblazowani, zakochani w swej prestiżowej pozycji społecznej, zdawałoby się, sytuującej ich ponad innymi. Stanowią (obok charakterologicznie podobnych do nich adwokatów) jakby współczesną arystokrację i dają temu, oczywiście z pewnymi wyjątkami, nader zauważalny przez otoczenie wyraz. Ja zaś szanuję przede wszystkim ludzi równocześnie skromnych, uczynnych i oddanych pasji (niczym Stasia Bozowska z „Siłaczki” Żeromskiego), a takich ze świecą szukać wśród dzisiejszych lekarzy.

                Uważam jednak, że obecny protest lekarzy przeciwko zapisowi najnowszej ustawy, obligującej ich do kwalifikowania pacjenta względem jego praw do którejś z obniżonych cen danego zapisywanego mu na recepcie medykamentu, jest całkiem słuszny i logiczny. Albowiem odwieczną rolą doktorów jest leczyć, z ogromną odpowiedzialnością prawną i moralną za metody i skutki tego leczenia. Zaś nowa ustawa nakłada na nich dodatkowe obowiązki natury administracyjnej z odwrotnym represyjnym rygorem finansowym za jakąkolwiek stwierdzoną pomyłkę.

                Wiadomo, że lekarzy jest mało, a chorych (i zdrowych) usiłujących się do nich dostać – niezmiernie dużo. Stąd ważne jest, aby pacjenci załatwiani byli możliwie szybko, by obsłużyć jak największą liczbę oczekujących w kolejkach osób potrzebujących pomocy lub chociażby medycznej porady. Otóż w sytuacji jakiejkolwiek odpowiedzialności materialnej pośpiech jest niewskazany, wręcz rozbieżny z interesem własnym każdego z lekarzy.

                Któż nie robi błędów – merytorycznych, pisarskich, rzeczowych, logicznych czy prawnych. Chyba tylko ci, co w ogóle nie pracują. Nawet sądy mają prawo do pomyłek – wszak na tę okoliczność przewidziano drugą instancję. W praktyce ci, którzy zmuszeni są do podejmowania daleko idących decyzji, zazwyczaj mają czas na dogłębne zastanowienie i możliwość szerokiej konsultacji.

                Natomiast teraz od lekarza oczekuje się jednocześnie skuteczności w leczeniu, bezbłędnej precyzji w błyskawicznej ocenie czy weryfikacji uprawnień obywatela do świadczeń medycznych oraz wysokiej wydajności mierzonej liczbą codziennie przyjmowanych pacjentów. Zaiste, wymagania te są sprzeczne i wykluczające się wzajemnie.

                A armia wysoko opłacanych urzędników Narodowego Funduszu Zdrowia będzie tylko kontrolować i obciążać konkretnych lekarzy lub aptekarzy skutkami przyznania bądź wydania komuś nieuprawnionemu leku w nienależnej cenie, bo pomniejszonej o refundowaną wartość.

 


O mnie
  • Imie: Bartłomiej
    Nazwisko: Butlewski
    e-mail: bb@bosip.pl
    www: bosip.pl/prostowanieweza
    O sobie:
    Ja, czyli Bartłomiej Butlewski, Jestem informatykiem, biegłym i mediatorem sądowym. Mam szerokie zainteresowania i unikalną wiedzę, czego efektem stała się moja powieść pt. "Prostowanie węża" wydana w 2010 r. (prawie 750 treściwych stron). Od lat walczę w obronie praw niepełnosprawnych kierowców, jednym z których niestety jestem. Lubię odnosić się do wszelakich wydarzeń społecznych i politycznych, a w tym polemizować z utartymi, "jedynie słusznymi" komentarzami lub opiniami. Stąd bywam kontrowersyjny i chyba oryginalny w głoszonych poglądach...
Ksiega gości
Licznik
    21131